Pociągający ogień i boska udręka (Łk 12, 49-53) XX Ndz. Zw., C
Pierwszy kontakt z dzisiejszą Ewangelią jest zawsze trudny. Ogień, miecz, podziały, rozbicie rodziny. W takim kontekście bardzo trudno jest odnaleźć to, czego zazwyczaj oczekuję od lektury Pisma Świętego: uspokojenia, nadziei, wsparcia, mobilizacji, jednoznacznego wskazania drogi, wewnętrznego pokoju.
Jednak już na wstępie jawiącą się sprzeczność muszę uznać za pozorną, bo nie jest możliwe, aby Jezus, Książę Pokoju, który nie dogasi knotka o nikłym płomyku i nie złamie trzciny nadłamanej zaprzeczał sam sobie w swym nauczaniu. To ja odczytuję Ewangelię częściowo, jednostronnie, często starając się ją zrozumieć w mocno ograniczonych ramach moich pragnień, oczekiwań i trudności. A dzisiejsze słowo przymusza mnie do pokornego i w pewnym sensie bezradnego stanięcia przed Bogiem. Mów Panie, bo sługa Twój słucha to jedyne zdanie, które w tej sytuacji przychodzi mi na myśl. Mów Panie, bo ja nie rozumiem, mów do mnie, bo ja nie potrafię się wyzwolić z zamknięcia schematów i przyzwyczajeń, mów abym nie doszukiwał się w Twoim słowie tego, czego sam pragnę.
Prorok Jeremiasz usłyszał w słowie powołania zdanie wielokrotnie powracające do mnie: Spójrz, daję ci dzisiaj władzę nad narodami i nad królestwami, byś wyrywał i obalał, byś niszczył i burzył, byś budował i sadził. Konstruowanie rozpoczyna się przygotowaniem terenu. Czyli zniszczeniem tego, co tam się znajduje. Sadzenie w podobny sposób domaga się oczyszczenia ziemi z tego, co ją zarasta. W społeczeństwie, które zupełnie fałszywie uznajemy za chrześcijańskie, ta podstawowa zasada dana Jeremiaszowi jest dziś zapomniana. Słowo Boga jest czytane tylko i wyłącznie jako drogowskaz dla moich czynów. Ale zawsze pozostaje ono niejako „na zewnątrz” mojego życia. Tego nie rób, tak musisz postąpić, tego ci nie wolno, to jest dobre, etc. Wiele „dobrych rad”, ale bez żadnej ingerencji w serce, wnętrze tego, który ma to czynić. Jakby podświadomie założono, że każdemu z nas potrzeba wyłącznie powiedzieć, co jest dobre, czego Bóg dla niego pragnie, a on, jeśli chce być chrześcijaninem, będzie to czynił.
Jednak Jeremiaszowe zdanie nie daje mi spokoju. Budowanie i sadzenie tego, co pochodzi od Boga, rozpoczyna się gruntownym oczyszczeniem: wyrywaniem, obalaniem, niszczeniem i burzeniem. Co we mnie jest tak źle skonstruowane, tak beznadziejnie uformowane, że jedynym ratunkiem jest kompletna destrukcja, aby Bóg mógł prowadzić we mnie swoje dzieło, abym mógł być uznany za prawdziwie Bożą budowlę, owoc Jego miłości i troski? Pierwszym wymiarem domagającym się Bożego zniszczenia, „wycięcia w pień Bożym mieczem”, jest obszar moich podstawowych wartości, które mnie motywują do jakiegokolwiek działania. Ale nie chodzi o to, że uczciwość, pracowitość, dokładność, prawdomówność, etc., etc., są mi obce, nie stanowią dla mnie wartości. Wręcz przeciwnie. Ja się całkowicie zgadzam, że cała długa lista wartości chrześcijańskich winna być przestrzegana, respektowana, pieczołowicie wypełniana przez każdego człowieka na ziemi. Chodzi mi o głębsza warstwę, która jest we mnie. Czyli o fundamentalne „Dlaczego?”. Dlaczego chcę być uczciwy, dlaczego trzeba mówić prawdę, dlaczego … ?, itd.
Bo w tym momencie dostrzegam, że bezsprzecznie musi być we mnie zniszczony głęboki fundament, który został położony przez „ten świat”. Motywacja egoizmu i egocentryzmu, motywacja zrodzona z idolatrii pieniądza, kultu władzy, sukcesu i kariery. Chrystus mówi: „Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie”, ale śmierć dla egoistyczno-idolatrycznej fundacji mojego życia wcale nie jawi mi się jako perspektywa wyzwolenia. Zapatrzony w siebie człowiek nie chce przejść do nowego, Bożego wymiaru życia, w którym centralne miejsce zajmuje On, Ojciec pełen czułości wobec swych dzieci. „Światowy model życia” wsącza w umysł niszczącą truciznę obrazu Boga, który poprzez swoje przykazania i słowo ogranicza mnie, zamyka w nieznośnej ciasnocie kościelnych schematów. Człowiek nie chce dostrzec istoty swego problemu. Nie chce znać prawdy o swoich najgłębszych, napędzających jego życie motywacjach. To dlatego Jezus przynosi miecz, którym odcina mnie i uśmierca we mnie to, co zatrzymuje mnie w niewoli mojego egoizmu i niezdolności kochania siebie i bliźnich. Bowiem tylko On może wyzwolić mnie z „miłości”, która ogranicza się do troski o najbliższych, szacunek do rodziców myli się z życiem w emocjonalnej niewoli, a posłuszeństwo sprowadza się do ślepego realizowania cudzych projektów. Panie, daj mi także doznać udręki, kiedy jestem daleko od Ciebie i daj mi pewność, że ratunek przychodzi w śmierci starego człowieka, aby Chrystus mógł żyć we mnie.
ks. Maciej Warowny


