ECHO TRZECH LEKTUR: V Ndz. Zwykła A

Miłosierdzie jest światłem (Iz 58, 7-10)

Proroctwa i mowy z których wzięta jest medytowana lektura zostały spisane w latach po powrocie z niewoli babilońskiej. Kiedy czas wygnania dobiegał końca, Deutero-Izajasz wołał: Przemawiajcie do serca Jeruzalem i wołajcie do niego, że czas jego służby się skończył, że nieprawość jego odpokutowana, bo odebrało z ręki Pana karę w dwójnasób za wszystkie swe grzechy (Iz 40, 2).

Jednak sam powrót i świadomość odpokutowania za grzechy nie wystarczają. Przez wiele dziesięcioleci lud żył pośród pogan i wielu Izraelitów uległo wpływom ich bałwochwalczych kultów, a przede wszystkim religijnej mentalności, którą odnajdujemy w ewangelicznych opisach oczyszczenia świątyni. Duch zasług i handlowej wymiany, sprawia, że składane ofiary mają być słusznym powodem, aby Bóg obdarzał łaską, powodzeniem oraz przywilejami społecznymi. Tak prezentuje się zewnętrzny wyraz nieczystości ludu. W tekście poprzedzającym rozważaną lekturę prorok piętnuje tę sytuację: Sprawiedliwy ginie, a nikt się tym nie przejmuje. Bogobojni ludzie znikają, a na to nikt nie zwraca uwagi. (…) płoniecie żądzą pod terebintami i pod każdym zielonym drzewem, mordujecie dzieci na ofiarę w jarach, w rozpadlinach skalnych. (…) Udałaś się do Molocha z olejkiem, użyłaś obficie twych wonnych olejków. Wysłałaś daleko swych gońców, aż do Szeolu się zniżyłaś. Utrudziłaś się tyloma podróżami, ale nie powiedziałaś: „Dosyć!” (57, 1-10). Natomiast stan wewnętrzny Izraelitów oddaje następny wiersz: Kogo się lękasz i boisz, że Mnie chcesz oszukać? Nie pamiętasz o Mnie, nie dajesz Mi miejsca w twym sercu. Czyż nie tak? Ja milczę i przymykam oczy, a ty się Mnie nie boisz (57,11).

Bardzo znamienne jest wezwanie prorockie, które pozornie zaczyna się wyłącznie nauką moralną, prostym wezwaniem do miłosierdzia. Motywem tego wezwania jest obłudne przeżywanie postów, z którego rodzi się wezwanie do autentycznego przeżywania szabatu, jako dnia przymierza z Bogiem. Traktuje o tym cały rozdział 58. Prawdziwy post to nie „dieta odchudzająca” ani też dowód poświęcenia się dla Boga, ale przemiana serca, której owocem jest miłosierdzie. Ono zaś staje się światłem dla świata. Bóg składa obietnicę słuchania swego ludu, a w tekście hebrajskim „Oto jestem!” to dokładnie ten sam zwrot, którym odpowiadają Bogu Abraham, Jakub, czy młody Samuel. Teraz Bóg staje przed ludem i obiecuje: „Oto jestem!”, „Zobacz jak blisko ciebie jestem! Jak bardzo chcę twego szczęścia!”. Sprawiedliwość społeczna, miłosierdzie i szczerość intencji są drogą do odkrywania tej jedynej i niepowtarzalnej obecności. One są oliwą, z której rodzi się światło, zorzą, która zapowiada poranek, kwiatem, który zachwyca swym pięknem, pewnym przewodnikiem po drogach życia. One gromadzą wspaniały orszak naśladowców i rodzą pewność Bożej obecności oraz czułej troski. Kontekst wezwania do miłosierdzia, czyli nauka o poście, ukazuje jak bardzo lud poprzez pobożne i dobre czyny (post) pragnie wymusić na Bogu realizację swej woli. A celem postu jest przemiana naszego serca, tak pełne złożenie ufności w dobroci i obecności Boga, aby serce człowieka stało się miłosierne, otwarte na cierpienia i trudności bliźnich.

Ewangeliczny kontekst rozważanego tekstu, mówiący o soli i o świetle, dodatkowo wydobywa wartość niemożliwej do zastąpienia miłości miłosiernej. Ona nadaje smak życiu, konserwuje je, jest światłem i miastem na górze. To miasto, Nowe Jeruzalem zbudowane na słowie Ojca, na Chrystusie, to Kościół. On nie może się ukryć, jeśli tylko kroczy wiernie za wezwaniem Boga, pełni Jego wolę, która jest najwyższą formą dostępnej ludziom sprawiedliwości. Niestety, podobnie jak w czasach po niewoli, także dziś człowiek jest bałwochwalcą, a serce tych którzy ustami czczą Boga jest od Niego daleko (Mt 15, 8). Modlitwa staje się narzędziem wpływania na Bożą wolę. Jacek Kaczmarski tak śpiewał o naszych czasach w piosence „Źródło wszelkiego zła”: „Wykupują łaskę Pana zer bezmiarem w komputerach, hostią ostryg i szampana chcą się zbawić tu i teraz”. A dalsze wersety zwrotki wskazują, że winnymi zła są zawsze „jacyś inni”. I chociaż możemy za Izraelem uważać, że odebraliśmy słuszną karę za nasze grzechy, to podobnie jak on potrzebujemy oczyszczenia z bałwochwalstwa, czarów, magii, zabobonów. Pierwszym skutkiem bałwochwalstwa jest zniszczenie moralności opartej na miłości. „Kogo się boisz?” pyta Bóg każdego z nas, „Kogo się boisz, że z religii czynisz zbiór gestów i praktyk, które mają prowadzić wyłącznie do zrealizowania twoich planów, oczekiwań i marzeń?”. Bóg samego siebie ofiarowuje i nasłuchuje szczerej modlitwy. Niestety także nam łatwiej jest odmówić różaniec niż zadzwonić do nielubianej starej kuzynki. Łatwiej „udowodnić” Bogu swą pobożność odmawiając nowennę pompejańską niż przebaczyć zadawnione urazy lub prosić o przebaczenie za wyrządzone krzywdy. Łatwiej dać na Mszę, niż podważyć swoje racje, uznać, że mogłem się pomylić i spadły na mnie konsekwencje moich własnych grzechów. To nas Bóg wzywa do miłosierdzia, do bezinteresownych relacji. Podejmując miłosierdzie w pierwszym rzędzie odkrywamy prawdę o naszym sercu, a czyn miłosierny to papierek lakmusowy wiary.

Gdzie jest moc Boga? (1 Kor 2, 1-5)

Doświadczenie ateńskiego odrzucenia nie poszło na marne. Paweł zdał sobie sprawę, że nie da się językiem „świata i filozofii” głosić Ewangelii Jezusowej. Delikatna próba schlebiania ateńczykom skończyła się całkowitym odrzuceniem jego nauczania. Posłuchamy cię o tym innym razem, odpowiadają szukający mądrości Grecy na słowa o zmartwychwstaniu. Wobec mieszkańców Koryntu Paweł już nie używa pochlebstw, ale z mocą głosi Jezusa ukrzyżowanego. W obliczu podziałów, fascynacji ludzką mądrością, rozpusty i wynoszenia się nad innych z powodu „posiadanych” charyzmatów Apostoł stosuje jedyną pedagogię, którą uznaje za skuteczną. Jest nią pokorne głoszenie krzyża, jako centralnej tajemnicy chrześcijaństwa. Nie ludzka mądrość, nie zdolność przekonywania, nie wyszukany kult, nie obietnice sukcesu i ziemskiego szczęścia, ale moc Boga objawiona w krzyżu.

Krzyż Jezusa jest tajemnicą słabości, w której objawia się moc Boga. Krzyż sprawia, że nie możemy pokładać ufności w swoich osobistych talentach, uzdolnieniach czy zasługach. Jest on drogą odkrywania wobec świata swoich słabości. Hańba i poniżenie krzyża w niczym nie odpowiadają temu, co świat uznaje za sukces i szczęście. Krzyż obnaża naszą wizję magicznej pobożności, w której za cenę pewnych wysiłków i spełnianych praktyk otrzymujemy upragnione dobra, poczucie bezpieczeństwa oraz długie i zdrowe życie. Krzyż staje się dla Pawła jedynym kryterium autentyczności wiary w Boga. Krzyż, który przez mądrych tego świata jest odrzucany jako głupota, a pobożnych gorszy. Krzyż, który czyni człowieka całkowicie bezsilnym, nie ma w sobie żadnego uwodzącego piękna tego świata, dlatego staje się miejscem doświadczenia mocy Boga. W obliczu krzyża nie da się udawać wiary, bowiem on weryfikuje głębiny naszego serca, obnaża pragnienia, oświetla myśli i stawia w obliczu Boga.

Medytowana perykopa rodzi we mnie pytanie, może abstrakcyjne, ale warte odpowiedzi. Co święty Paweł powiedziałby nam dziś, gdyby zobaczył naszą wiarę? Jakimi słowami przypomniałby nam Ewangelię krzyża? Jakie grzechy piętnował? I natychmiast rodzi się odpowiedź: przecież Paweł dał nam swoją odpowiedź. Słowo Boże, natchnione pisma Apostoła Narodów zachowują swą aktualność. Nie myślmy, że jesteśmy lepsi od koryntian, że nas nie dotyczą grzechy popełniane w mieście, które do dziś jest synonimem rozwiązłości. Podziały, rywalizacja, pobożność na pokaz, hipokryzja, ciąganie się po sądach, rozwiązłość dotyczą tak samo koryntian, jak i nas. Pytanie o autentyczność i głębię mojej wiary jest pytaniem o mój stosunek do krzyża. Słabości, porażki, choroby, ubóstwo, samotność nie są karami za grzechy. To życiowe pytania o nasze zaufanie do Boga. Wobec nich nasze zasady wysiłku-nagrody, poświęcenia-zadowolenia, zasługi-miłości nie na wiele się przydają. Stajemy bezradni jak przyjaciele Hioba wobec jego cierpienia. To dlatego tak trudno „ludziom sukcesu” wybrać się do szpitali czy domów starców, a jeśli to czynią, to wobec kamer i fleszów, aby mieć jakieś doraźne zyski.

Krzyż Jezusa jest jedyną odpowiedzią na problem mojego grzechu, w którym tak często mam upodobanie. Święty Paweł niesie koryntianom Dobrą Nowinę w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. Jego głoszenie było ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej. Sprowadzając chrześcijaństwo do doskonałości moralnej, uczciwości i sprawiedliwości, do pięknych liturgii, do znaków sympatii wobec każdego człowieka, do współczucia wobec każdego cierpienia, do chrześcijańskich szkół, chrześcijańskich polityków, do krzyżów w miejscach publicznych czynimy sobie i innym największa krzywdę. Stajemy się fałszywymi świadkami Boga. Bowiem miejscem spotkania i doświadczenia mocy Boga jest krzyż. To z niego płynie życie, które jest mocniejsze niż śmierć. Dlatego po ateńskich doświadczeniach Paweł nie używa uwodzących przekonywaniem słów mądrości, ale głosi krzyż jako drogę każdego z nas do nowego życia, do życia w mocy i łasce Boga.

Jak posolić i oświetlić nasz świat? (Mt 5, 13-16)

Jezus ukazuje nam naszą tożsamość. Wy jesteście … nie jest przygotowaniem ani do włożenia nam kolejnego ciężaru na nasze barki, ani też nie jest ogłoszeniem przywilejów, które Bóg miałby nadawać swoim wiernym sługom. Sól i światło to obrazy, które ukazują tożsamość wierzących w Chrystusa. Słuchasz z wiarą słowa, jesteś solą, jesteś światłem. W takim objawieniu tego, kim jesteśmy, jest zaproszenie do wyjścia z logiki obowiązku („wy musicie być …”) oraz z mentalności zdobywania zaszczytów („tylko wy jesteście …, inni nie są tacy, jak wy”). Ale natychmiast rodzi się pytanie, w jaki sposób to powołanie do bycia solą i światłem ma się zrealizować w naszym życiu? Jestem solą, ale też mogę zniszczyć to, kim jestem. Mogę stać się solą pozbawioną smaku. Solą nadającą się na śmietnik historii.

Ogromna wartość soli wynika z jej dwojakiego zastosowania. Sól służy do nadawania smaku oraz do konserwacji. A jeszcze lepiej można to ująć, pokazując wzajemny związek tych dwóch akcji. Sól konserwując, nadaje smak, a nadając smak, konserwuje. Jedno nie istnieje bez drugiego. W dobie lodówek, zamrażalek i wyrafinowanych przypraw gubi się nam tak jasno postawione znaczenie soli, ale w czasach Jezusa było to ewidentne. Co niszczy życie ludzkie? Oczywiście grzech. Zepsucie, które niszczy ludzką egzystencję. Co czyni życie bez smaku? Brak miłości, letniość życia. Przeciwnie do tego, co głosi nam świat, uwodząc zachętami do egocentrycznych przyjemności, to opór dawany grzechowi oraz zdolność dawania siebie, czyli kochania, zachowuje ten świat przy istnieniu, czyni go „strawnym”. Światło jest symbolem nieustannie aktualnym, chociaż wszechobecność elektryczności sprawia, że odzwyczailiśmy się od „szukania światła”. Jego misją jest ukazanie drogi, dawania poczucia bezpieczeństwa, umożliwienie rozróżniania. Obecność światła spontanicznie rodzi radość.

W obu symbolach kryje się podobny sposób działania. Aby wypełnić swoje zadanie sól musi się rozpuścić, przestać istnieć dla „samej siebie”, musi stać się w pewien sposób niewidoczna. Jej obecność dostrzegamy poprzez efekty działania. Podobnie światło musi skonsumować jakąś energię. Wosk, oliwa, benzyna, spalają się, unicestwiają swoje istnienie, ale rodzi się światło. Stąd nasuwa się oczywisty wniosek, że obecność chrześcijan w świecie nie jest żadnym dla nich zaszczytem, ale jest służbą. Jest dawaniem siebie, czyli stanowi istotę miłości. Jedak w ten sposób postawione wymagania chrześcijańskiej egzystencji rodzą proste pytanie: a co ja z tego będę miał? Nawet jeśli nikt z chodzących na niedzielną Mszę nie stawia wprost takiego pytania, to obserwując systematyczne „odpływanie” wiernych, wydaje się, że swoimi wyborami udzielają odpowiedzi dość oczywistej: „Nie mam ochoty być ani solą ani światłem. Moje życie jest dla mnie”.

Tylko ten, kto odkrywa, że jest powołany, osobiście wezwany przez Boga może przyjąć Ewangeliczną tożsamość soli i światła. Takie powołanie jest związane z doświadczeniem, że Bóg obdarowuje mnie tym, czego potrzebuję, a czego nigdy nie zdobędę o własnych siłach. Abraham, ojciec wiary pokazuje, czym jest zaufanie Bogu w odpowiedzi na otrzymaną obietnicę. Ale Abraham jest znaleziony przez Boga w sytuacji porażki, niespełnienia. Hebrajczycy akceptują wezwanie do wyjścia z Egiptu wyłącznie dlatego, że znajdują się w tragicznej sytuacji. A Bóg otwiera im oczy i obiecuje inne życie. Pewnie się narażę „dyżurnym optymistom” czy zagorzałym zwolennikom „mówienia pozytywnego”, lecz aby przyjąć tożsamość soli i światła człowiek potrzebuje doświadczyć swej niewystarczalności. Musi odkryć swoją niezdolność do samospełnienia się przy pomocy własnych sił, swej inteligencji czy swoich uczuć. Paradoksalnie potrzebuje, aby mu mówiono o jego słabościach, których nie da się zrekompensować żadną ziemską techniką.

Stąd rodzi się konieczność nowego, pełnego optymizmu i nadziei odsłaniania złudnych obietnic szczęścia i ziemskiego dobrobytu, które sączą się w mediach wszelkiego rodzaju, a reklama jest ich ulubionym narzędziem. Takiego odsłaniania, które nie stanie się ciężarem nie do uniesienie, ale zaproszeniem do przyłączenia się do grona uczniów Jezusa. Bowiem w świetle i soli kryje się jeszcze jedna tajemnica. Stajemy się nimi pragnąc iść wiernie za Chrystusem, słuchając Jego Słowa i pełniąc Jego wolę. Sól i światło nie są „zadaniami do wypełnienia”, ale to „życie do przeżycia”. To życie pełne takich czynów, które sprawiają, że inni odkrywają Boga, jako Ojca. Takiego życia nie trzeba „pokazywać”, robić mu reklamę, czy wyszukiwać w tłumie. Jego nie da się ukryć i to w zupełności wystarczy. Takie życie nie jest produktem, który trzeba dobrze sprzedać na „giełdzie medialnych duchowości”. Ono jest widoczne jako światło pokazujące jak żyć oraz nadaje smak swemu otoczeniu, zachowując je przed zepsuciem.

ks. Maciej Warowny

TOP