Oby Pan im dał swego ducha (Lb 11, 25-29) - I czytanie (XXVI Niedziela zwykła "B")

Tym razem bunt w szeregach Izraelitów wznieciła „hołota” (hebr. „asafsuf” – Lb 11,4) czyli obcoplemieńcy, którzy razem z Hebrajczykami wyszli z Egiptu.

Powodem protestu nie był głód ani pragnienie, ale monotonia codziennego menu: «Oczy nasze nie widzą nic poza manną» (11,6). Z tęsknoty za egipskim czosnkiem zanegowali sens wszystkiego, co Bóg uczynił dla nich.

Mojżesz jest pośród nich prawdziwym pośrednikiem, pokornym i miłosiernym, który nigdy nie „zaraził się” duchem buntu. Stając przeciw rozgorączkowanemu tłumowi, zawsze bierze go w obronę przed Bogiem. Skarżąc się gorzko na ludzi, darzy ich równocześnie prawdziwą pasterską miłością (por. 11,2.11-14). Kosztuje go to bardzo wiele, jest wyczerpany ciągłym szemraniem. Nie jest herosem o nadludzkich możliwościach i Bóg nie chce, żeby takim był. Dzięki swej kruchości musi w każdej sytuacji opierać się na Nim i nie ulega pokusie radzenia sobie po swojemu, «z Bogiem albo mimo Boga».

W rozmowie z Bogiem jest zupełnie szczery, jak z przyjacielem. Nie ma przed Nim tajemnic, mówi, co myśli i czuje, nie przebierając w słowach: «Skoro tak ze mną postępujesz, to raczej mnie zabij» (11,15). Wie, że Bóg go rozumie, i że nigdy go nie zostawi. Bóg odpowiada też na jego skargę. Ciężar prowadzenia buntowniczego ludu będą dźwigać razem z nim liderzy poszczególnych plemion. Mojżesz ma wybrać siedemdziesięciu z nich i zgromadzić przed Namiotem Spotkania, poza obozem. Aby mogli wywiązać się ze swego zadania, Bóg udzieli im ducha ‑ tego samego, który spoczywa na Mojżeszu. Natychmiastowym skutkiem tej „inwestytury” jest nadzwyczajne doświadczenie charyzmatyczne: ludzie ci zaczynają prorokować. Nie wiadomo dokładnie, jak to się przejawiało, ale z pewnością było to doświadczenie przejmujące i dość widowiskowe. Duch dotknął ich, zawładnął ich umysłami i otworzył im usta dla przemawiania w imieniu Boga – ku napomnieniu, rozradowaniu i zachęcie. Niektórzy egzegeci próbując opisać fenomen prorokowania, mówią, że słowo Boga złożone w człowieku niejako kipi w jego wnętrzu, i prorok musi znaleźć sposób, aby je przekazać innym: w mowie, na piśmie lub poprzez jakiś wyrazisty gest.

Nie wiadomo, dlaczego Eldad i Medad, powołani do grona siedemdziesięciu, nie stawili się na wezwanie. Mimo to Bóg udzielił im ducha tam, gdzie byli, bez pośrednictwa Mojżesza, niejako poza formalnym porządkiem. Zaczęli nagle prorokować w obozie, budząc niemałe zamieszanie wśród tłumu. Jozue, młody „adiutant” Mojżesza, jest tym bardzo zaniepokojony. Czy takie charyzmatyczne ekscesy, dziejące się poza jakąkolwiek kontrolą, nie wywołają jeszcze większego chaosu wśród ludu?

Mojżesz nie ma takich obaw. Wie, że Bóg jest wolny w udzielaniu łask i darów, i że żaden człowiek, nawet on, nie może Go kontrolować. Zna też dobrze działanie Bożego ducha. Człowieka, który go otrzymał, będzie z pewnością słychać i widać, ale nie będzie on nigdy siał zamętu czy niezgody, lecz będzie dzielił się z innymi wiarą, radością i męstwem. Gdyby wszyscy mieli tego ducha, inaczej wyglądałaby ich droga do Ziemi obiecanej. Chyba to właśnie miał na myśli papież Franciszek, gdy wyzwał młodych katolików: «Fate rumore!» ‑ Róbcie hałas, idźcie pod prąd, z odwagą!

ks. Józef Maciąg

Źródło: „Niedziela Lubelska”