„Mój grzech dziś zaczął służyć mi” (Hbr 10, 11-14. 18) 33 Niedziela Zwykła B

Grzech rodzi poczucie winy. Sprawia, że czuję, iż zawiodłem pokładane we mnie zaufanie. Ale moje grzechy są odpuszczone przez ofiarę Jezusa Chrystusa. Nic już nie mogę, ani też nic nie muszę składać w ofierze za moje grzechy.

Raz na zawsze jedyny i niepowtarzalny czyn Jezusa stał się przestrzenią, w której doświadczam darmowej miłości Boga. Jednak, aby przeżywać na co dzień tę radykalną odmianą mojej sytuacji muszę pokonać pewne wewnętrzne trudności i nieporozumienia. Po pierwsze kwestia grzechu. Myślę, że nie tylko ja byłem wdrażany do takiej walki z grzechem, której siłą napędową był strach przed karą. Płacę dziś słoną cenę za takie wychowanie oparte na potencjalnych karach za moje nieprawości, czyli nieprzestrzeganie przykazań. Im bardziej doświadczam niemożności usunięcia grzechu, mojego przywiązania do niego, tym bardziej lęk przejmuje władzę nad moim życiem, aż do „przerobienie mnie” w niewolnika lęku, strachu i obawy. Natomiast świadomość grzechu jest owocem szczegółowo wyuczonego prawa zakazów i nakazów, rozpisanych na najdrobniejsze szczegóły potencjalnie możliwych czynów, pragnień czy też uczuć. Dlatego zamiast świadomości wyzwolenia z niewoli grzechu ciągle tkwię w niewoli lęków przed karą i ciężkimi konsekwencjami rzeczywistych lub potencjalnych grzechów. Drugą zaś kwestią jest ofiara za grzechy. I znów odzywa się wychowanie, w którym kluczową rolę odgrywało składania ofiar, bądź jako „zadośćuczynienia” za popełnione zło, bądź też w formie dobrych uczynków, którymi „zasługuję” na przychylność Boga i ludzi. A stąd już droga prosta do praktycznego wyznawania, że „nic za darmo”, nawet na miłość Boga i odpuszczenie grzechów trzeba sobie zasłużyć.

Ofiara za grzechy to nie dług, który trzeba spłacić Bogu. W bezpośrednim kontekście dzisiejszej lektury czytamy przecież: „Ofiary ani daru nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało; całopalenia i ofiary za grzech nie podobały się Tobie”. Jeśli grzech jest ucieczką od rzeczywistości mojego życia, jak sugeruje to Richard Rohr, przyrównując grzech do uzależnienia, to ofiarą za grzech nie jest dokładanie sobie cierpień i trudów, od których uciekam w iluzję sztucznie wywołanych dobrych nastrojów (alkohol, narkotyki, leki), w namiętne majsterkowanie, uprawianie ogródka czy pracę zawodową (rodzaj transu, w którym zapominam o niedogodnościach życia), lub też w zmysłowe zagłuszanie wszelkich bólów (nałogowy seks, łakomstwo, muzyka wywołująca trans). Wyjście z tak rozumianego grzechu nie zaczyna się od moich ofiar, bo Bóg ich nie potrzebuje, ani ja nie mogę Mu nic ofiarować. Początkiem uleczenia ze śmiertelnej choroby grzechu (nie mniej śmiertelnej, niż wszelkie uzależnienia) jest odkrywanie rzeczywistości, zmierzanie ku pełnej świadomości, tego, co stanowi moje życie. Pełna świadomość to prawda o tym, kim jestem, o obecności cierpienia i porażki, jako elementów tak samo konstruktywnych, jak sukces i przyjemność, o darmowej miłości Boga, za którą nic nikomu nie musze ofiarowywać, bowiem jest „za darmo”.

Jedyne zwycięstwo Jezusa i jego zasiadanie w chwale Ojca, w oczekiwaniu „aż nieprzyjaciele Jego staną się podnóżkiem pod Jego stopy” staje się dla mnie obrazem drogi, która jest ciągle przede mną do przebycia. Na tej drodze nieprzyjaciele Jezusa, mój grzech i moje nadęte ego wypychające Jezusa na zewnątrz mojego życia, stają się podnóżkiem Pana. Nie muszę nic nikomu udowadniać, nie muszę także sobie udowadniać, że zasługuję na miłość, szacunek, uznanie, dobrą zapłatę. Nie muszę się z nikim porównywać, ani też nikogo pokonywać w nieustannej wewnętrznej rywalizacji. Nie muszę przekonywać siebie, że miałem rację podejmując jakąś decyzję pociągającą za sobą trudne konsekwencje. Ofiara Jezusa jest rzeczywistą przestrzenią obecności Boga w każdym doświadczeniu cierpienia, porażki, samotności, bycia nieznośnym dla samego siebie. Dzięki niej to wszystko, przed czym uciekam w grzech, co prowadzi mnie do wielorakich form uzależnień, staje się drogą do przebycia, codzienną rzeczywistością, której jestem w pełni świadom i dzięki której mogę śpiewać ze Wspólnotą Miłości Ukrzyżowanej: „Mój grzech dziś leży u mych stóp. Mój grzech dziś zaczął służyć mi, (…) do mnie nie należy już. Przypomina mi, że jest życie, a źródło tego życia nie bije we mnie. Znam miejsce w sercu Twym miejsce wśród braci, nie płaczę już nad sobą, nad mymi ranami. Przyjaźnię się ze słabością mą, nie jestem skazany (…). Błogosławiona wina jest skoro Ty musiałeś zejść na ziemię z miłości do mnie!”

ks. Maciej Warowny