Miłość złotych pierścieni (Jk 2, 1-5) 23 Niedziela Zwykła B

Z kim się identyfikuję? Kogo chciałbym mieć za swego przyjaciela? Czyje życie zachwyca mnie i pociąga? Kto jest dla mnie autorytetem? Ale nie szukajmy odpowiedzi na powyższe pytania w teoretycznie ukształtowanych chrześcijańskich poglądach.

Spróbujmy raczej przyjrzeć się tym osobom, którym czegoś zazdrościmy, lub też tym, które denerwują nas swoim sukcesami lub zarozumiałym spojrzeniem na świat traktowany, jako pole do odnoszenia kolejnych „zwycięstw” finansowo-afektywnych, albo też tym, których zapamiętale krytykujemy za ich banalność, chciwość, pustotę wewnętrzną, czy też życie na pokaz. Tak poprowadzona refleksja pomoże nam rozpoznać tych wszystkich „przystrojonych w złote pierścienie i bogatą szatę”, których zapraszamy na zaszczytne miejsca naszego życia, którym oddajemy honory, którym schlebiamy i przed którymi się uniżamy. Być może wyłącznie w głębinach swoich pragnień, w poruszeniach serca, które skutecznie „opanowujemy” racjonalnie wypracowanymi zachowaniami i postawami. A poza tym, komu z nas nie przychodzą do głowy myśli, że dzięki pieniądzom można by skuteczniej … głosić Ewangelię? Oraz, że gdybyśmy mieli dostęp do konkretnych pieniędzy to z pewnością dobrze byśmy ich używali?

Zajmowanie ostatnich miejsc nie jest naturalnym odruchem żadnego człowieka. Potrzebujemy uznania, dowartościowania ze strony innych, afektywnych znaków docenienia naszej osoby. A jeśli zdarzy się spotkać kogoś, kto nie ma takich „objawów” miłości własnej, to zazwyczaj mamy do czynienia z narcyzem, który jest tak zapatrzony w siebie i skoncentrowany na sobie, że nie dostrzega innych. Być może niepotrzebnie generalizuję, bo przecież są ludzi hojni i dobrzy, ale raczej nie przez przypadek Anthony de Mello napisał, że „dobroczynność jest prawdziwą maskaradą interesowności przebranej za altruizm”. Każdy z nas jest poraniony grzechem koncentrowania się na samym sobie, nawet wówczas, kiedy stara się czynić coś bezinteresownie. Ewangelia w tym względzie jest boleśnie jednoznaczna. Wielkość człowieka wiary to zdolność do zajmowania ostatnich miejsc, nie tylko w towarzystwie pobożnych, którzy dostrzegają „pokorę” tych, którzy spektakularnie zajmują „ostatnie miejsca”. Prawdziwie ostatnie miejsce objawia wyłącznie Jezusowy krzyż. Nic ze splendoru naszych dobrze dobieranych „ostatnich miejsc”. Izajasz pisał o Ukrzyżowanym: „Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic”.

Kluczem do rozumienia dzisiejszej lektury nie może być moralizatorski nakaz troski o biednych, ale tajemnica Jezusowego krzyża, jako ostatniego miejsca, które zajmuje Zbawiciel świata. Tylko zjednoczony z Nim mogę nie ulegać idolom tego świata, których punktem wspólnym jest kult bogactwa, jako wyraz całkowitej niezależności i władzy nad światem. Demaskowanie tej idolatrii jest jedną z nigdy niekończących się misji ewangelizacji ad-intra Kościoła. Bowiem każde kolejne pokolenie chrześcijan, aby nie stracić swej tożsamości, musi na sobie, na swojej własnej historii uczyć się zaufania Bogu i wyrzekać się władzy nad światem, jaką kłamliwie obiecują bogactwa. Dlatego też każdy z nas w wieloraki sposób jest konfrontowany z narzucającą się dominacja tego, co w oczach świata jest wielkie, ale głupstwem jest w oczach Boga. Słuchając Jakuba Apostoła nie wolno zapominać, że to my organizujemy nasze kościelne wspólnoty opierając się „na ludziach przystrojonych w złote pierścienie i bogate szaty”, łudząc się, iż dzięki nim, dzięki ich pieniądzom i wpływom, Kościół będzie mógł skutecznie wypełniać swa misję. Ale właśnie udzielając im zaszczytnych miejsc demaskujemy nasze nierozumienie Kościoła i mocy Ewangelii. Bowiem głupstwo krzyża, który śmieszy możnych tego świata, a gorszy pobożnych, jest mocą i mądrością Boga.

ks. Maciej Warowny