Bogactwo ogołocenia (Flp 2, 6-11) Niedziela Palmowa B

Grzech Adama streszcza się streszcza się krótkim „być jak Bóg”. Ogołocenie Chrystusa zaprzecza naturze tego grzechu, bowiem Jezus „nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem”.

Nowy Adam staje się sługą spadkobierców pierwszego Adama. W swoim ciele dokonuje zmiany naszego sposobu działania. Na krzyżu Jezus „przeprogramowuje” ludzką naturę dając jej sposobność do nowego, niemożliwego wcześniej działania. Człowiek, który w każdym swoim grzechu daje wyraz swojemu złudzeniu, że może „być jak Bóg”, dzięki Chrystusowi odkrywa prawdę o Bogu, Któremu nie będzie chciał już dorównać, bowiem odkryje niezmierny dar Jego miłości do siebie. Poprzez swoje uniżenie Chrystus wprowadza nas w prawdziwą znajomość Boga. Pierwszy Adam postrzega Boga jako zazdrosnego o swoją pozycję samotnika, któremu chce dorównać uwiedziony kłamstwem szatana, Drugi Adam, Chrystus, wprowadza człowieka w przestrzeń relacji miłości, poza którą Bóg nie chce działać. Jezusowe uniżenie, kenoza, nie jest pozbawieniem siebie wartości na rzecz Boga, ale wyraża ideę „stania się pustym”. Grecki czasownik kenoo oznacza dosłownie „opróżnić, uczynić pustym”. 

Jezus wyzbywa się atrybutów swej boskości, aby w ludzkim ciele całkowicie napełniać się obecnością Ojca. Nie przekreśla w ten sposób swej tożsamości, ale odpowiada na Ojcowskie pragnienie relacji. Dlatego w Jezusie dokonuje się to, co dla nas było niemożliwe, bowiem demon trzymał nas w niewoli naszego JA, roztaczając przed nami groźbę samounicestwienia, jeśli nasze JA ustąpi miejsca miłosnej obecności Boga. Tę niewolę w swoim Ciele niszczy Chrystus. Dzięki Niemu i w Nim niemożliwe staje się rzeczywistością. Moje nastawione egoistycznie i wiecznie rywalizujące JA może umrzeć w wodach chrztu, aby zamieszkał we mnie Bóg. To doświadczenie Paweł ujmuje słowami: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie”. Paweł nie odnosi się do jakiejś symbolicznej metafizyki, ale do konkretu swego doświadczenia, które Tymoteuszowi przedstawia słowami: „Dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność jako przykład dla tych, którzy w Niego wierzyć będą dla życia wiecznego”.

Chrystus ogołocony ze wszystkiego, co w ludzkim rozumieniu powinien posiadać Bóg-Człowiek staje się wcieleniem miłości Boga. Jak wielki dystans dzieli moje pragnienie ofiarowania się Bogu od Jego daru dostrzegam poprzez miejsce, jakie okupuje moje JA w moim życiu, w określaniu mojej tożsamości, czy też w pragnieniu samorealizacji. Moje potrzeby, moje, plany, moje osiągnięcia, moje wysiłki, moja natura, moje emocje, moje … wszystko moje. Nic dziwnego, że brakuje we mnie, w moim życiu miejsca dla Boga i Jego miłości. I nic nie potrafię z tym uczynić. Moje ciało, moja psychika, moje emocje buntują się, zaczynają chorować, kiedy usiłuję wpisać w nie ekonomię darmowego daru czynionego ze swego życia, a próba „przymuszenia” siebie do tego, aby przynajmniej zapragnąć życia tajemnicą Chrystusowego krzyża kończy się nerwicą. Dlatego Chrystus także dla mnie i za mnie ogałaca Samego Siebie, abym mógł przyjąć miłość zrealizowaną, spełnioną, bez domieszki egoizmu i rywalizacji. Jeśli więc chcę wierzyć w Chrystusa „jeśli więc jest jakieś napomnienie w Chrystusie, jeśli - jakaś moc przekonująca Miłości, jeśli jakiś udział w Duchu, jeśli jakieś serdeczne współczucie ….”  to jedynym rozwiązaniem mojego dramatu jest, abym zapragnął kochać Bożą miłością i nigdy nie próbował miłości zastępować Prawem, obowiązkiem, poczuciem winy, strachem, doświadczonymi zranieniami, pragnieniem sukcesu … . Bowiem tylko w obszarze boskiej miłości będę mógł wyznać, że Chrystus jest Panem. Panem mojego życia i mojej śmierci, mojego zdrowia i moich chorób, moich uczuć, mojego ciała, moich pieniędzy, moich pragnień, mojego spełnienia i mojego szczęścia.

ks. Maciej Warowny